Samo życie. Zaradny czy farciarz?
Samo życie. Zaradny czy farciarz?
fot. archiwum bohaterów, pixabay.com

To pewne i niezaprzeczalne, że od zawsze człowiek musi sobie radzić. Jednym wychodzi to lepiej, innym gorzej. Trudno powiedzieć, dlaczego tak jest i czym jest zaradność. Cechą charakteru? Zdolnością, którą mamy albo nie? A może umiejętnością, którą da się wypracować?

Iwona Taranowicz w tekście Radzenie sobie z chorobą w oglądzie socjologicznym (w publikacji Zaradność społeczna. Współczesne przejawy i ograniczenia, Wyd. Naukowe UAM, Poznań 2016) zwróciła uwagę, że sytuacja choroby czy niepełnosprawności jest koniecznością wyzwalającą specyficzną zaradność jednostkową. Wywołuje bowiem konieczność podjęcia działań w celu poradzenia sobie z licznymi przeciwnościami, ograniczeniami i barierami, skupiając się na odzyskaniu kontroli nad swoim życiem.

- Człowiek zaradny to ten, który potrafi sobie w jakiś sposób poradzić. Lepszy czy gorszy, ale potrafi znaleźć rozwiązanie danego problemu. Na przykład, gdy boli go ząb, to znajdzie stomatologa, a nie narzeka na ból – mówi Adrian Peliszko z Łodzi.

Uważa, że niepełnosprawność wpływa na zaradność i to, niestety, niekorzystnie, szczególnie kiedy osoby niepełnosprawne nie są uczone od dzieciństwa, żeby były zaradne. Często rodzice robią wiele rzeczy za nie, a później nie wymagają pewnych zachowań, żeby dziecko, wchodząc w dorosłość, było samodzielne.

Adrian nie widzi od urodzenia.

- Uważam, że jeżeli pewnych nawyków w sobie nie wyrobisz, to nie będziesz w stanie funkcjonować w społeczeństwie, będziesz osobą notorycznie sfrustrowaną – stwierdza Adrian.

Według niego trzeba mieć odpowiedzialność w sobie, ponosić konsekwencje swoich decyzji, próbować przewidzieć skutki zdarzeń.

- Nie chodzi tylko o fakt, że nie mieszkam z rodzicami. Muszę rano wstać, ubrać się, pójść po zakupy, dbać o posiłki, a przechodząc przez ulicę, uważać, żeby nic mi się nie stało – wylicza Adrian.

Najprostsze egzystencjalne czynności, które dla człowieka pełnosprawnego są niezauważalne, dla osoby z niepełnosprawnością mogą być dużym wyzwaniem.

- Jasne, że potrzebuję wsparcia drugiej osoby. Powiedzmy, że znam miasto, ale też nie na tyle, żeby wszędzie dotrzeć samemu – przyznaje.

Według Adriana to, że potrafimy poprosić o pomoc, działać z drugim człowiekiem, to też jest forma samodzielności. Poprosić o pomoc nie pozwalają też zahamowania i kompleksy.

- Nie należy dążyć do samodzielności po trupach do celu – mówi. – Dla mnie to jest na przykład pomoc w znalezieniu drzwi nieznanego budynku, a dla osoby na wózku dojście do podjazdu, windy lub prośba o pomoc przy pokonaniu schodka.

Adrian Peliszko, fot. archiwum prywatne

Rozlana kawa i pierwsza praca


- Osobą niepełnosprawną stałam się nie tak dawno, bo niespełna trzy lata temu – mówi Anna Hetman z Wrocławia. – Było to jak wybuch bomby - wypadek zrównał z ziemią moje dotychczasowe życie. Byłam świeżo po studiach i chciałam wyprowadzić się od rodziców, a nagle trafiłam na wózek. Kilka miesięcy leżałam w łóżku, mój pokój został przeniesiony do salonu, bo w naszym piętrowym domu salon jest na parterze – wspomina Ania.

Jej mama poszła na zwolnienie, żeby opiekować się córką.

- Wiadomo, że na początku nie byłam w stanie zrobić zupełnie nic i pomoc mamy była konieczna – przyznaje.

Pomagał też tata i starsza siostra. Według Anny jednak największe wsparcie okazał rehabilitant, który pracował z nią nad odzyskaniem choćby odrobiny sprawności.

- W dużej mierze każdy krok naprzód, na przykład to, że zaczęłam sama przesiadać się na wózek, dawało mi nadzieję, że jakoś to będzie. – mówi.

I po jakimś czasie strasznie zaczęło jej przeszkadzać to, że bliscy chcą ją we wszystkim wyręczać.

- Punktem kulminacyjnym była wizyta babci. Chciałam zrobić jej kawę. Przygotowałam kubki, zalałam wrzątkiem. Od blatu do stołu dzieliły mnie trzy kroki, a raczej jedno pchnięcie ciągów wózka – śmieje się Anna. – Babcia nagle zerwała się z krzesła i chciała mnie wyręczyć w przenoszeniu kubka, a mnie to tak bardzo zestresowało, że wylałam gorącą kawę na siebie i podłogę.

Anna była wściekła, bo stało się to nie przez niepełnosprawność, ale napiętą sytuację. Nie chodziło tylko o rozlany napój, ale przede wszystkim o to, jak postrzegana jest przez innych. Wtedy zrozumiała też, że musi coś zmienić. Nie chciała, żeby inni, a szczególnie bliskie osoby, traktowali ją jak kogoś, komu trzeba wiecznie pomagać.

- Skończyłam grafikę komputerową, na ostatnim roku robiłam już projekty za pieniądze – wyznaje.

Z perspektywy czasu uważa, że miała dużo szczęścia, bo praca, do jakiej przygotowały ją studia, jest możliwa z domu. Napisała więc do kilku znajomych, że chętnie zaprojektuje jakieś materiały do druku i tak złapała pierwsze zlecenie jako osoba na wózku.

- Dlaczego do znajomych? Sama nie wiem. Myślę, że jeśli czegoś potrzebujemy, to nie ma co daleko szukać. I u mnie tak było. Akurat kumpel z podstawówki rozkręcał myjnię samochodową, potrzebował ulotek i wizytówek.

Według Anny to nie jest tylko problem osób z niepełnosprawnością – wszyscy obawiamy się mówić o swoich potrzebach, prosić o pomoc.

 
 
 
 
 
© 2014 - 2019  Wszystkie prawa zastrzeżone.  Grupa Emediaweb.pl