Turek Online

 
 
 
 

Ankieta

Turek miastem bez barier?
Tak
64%
Nie
27%
Nie wiem
9%
Razem głosów: 110

Pogoda

Tetrus i Ona

Poważny wypadek, skutkujący niepełnosprawnością, może rozbić każdy związek. To prawdziwy test uczuć. Ania i Artur dowodzą, że to ekstremalne doświadczenie nie musi być końcem, lecz przeciwnie – początkiem czegoś lepszego.

Tetrus i Ona
Niepelnosprawni.pl

Ania i Artur nie mieli jeszcze 20 lat, gdy się poznali. Obydwoje pracowali, a po pracy spotykali się i chodzili na imprezy. Tak minęły im dwa lata. Nie snuli wielkich planów – zwłaszcza, że nie układało im się. Właściwie ich związek był dosyć burzliwy, często kłócili się i rozstawali z przekonaniem, że nie będą ze sobą szczęśliwi. Liczne rozstania nie trwały jednak długo, szybko stwierdzali, że są sobie potrzebni i ciągnie ich do siebie.

W końcu doszli do wniosku, że uciekanie od siebie nie ma sensu, że czas pomyśleć o przyszłości. Praca, spotkania i imprezy – to za mało, aby ją wypełnić. Postanowili więc: już na zawsze będą razem.

Zaczęli układać sobie najbliższą przyszłość, pojawiła się myśl o zaręczynach. Artur rozmawiał z ojcem o rozwijaniu firmy i zatrudnieniu pracowników, poszedł na kurs prawa jazdy. Ania chciała poświęcić się resocjalizacji, lecz w czasie studiów zdała sobie sprawę, że nie jest to jej droga. Podjęła decyzję o przerwaniu studiów pedagogicznych i zajęciu się gastronomią. Marzyła po cichu o otwarciu w Radomiu własnej restauracji.

Rower

Było niedzielne popołudnie. Artur zjeżdżał rowerem z górki między blokami. Przez bujną trawę nie widział, że dróżka urywa się i kończy ponad metrowym spadkiem. Zbyt późno to zauważył. Nacisnął mocno hamulce, rower zwolnił, jednak przednie koło zdążyło spaść, a on przeleciał przez kierownicę, uderzając głową w trawnik.

Kiedy otworzył oczy, zobaczył mężczyznę, który pytał, czy wzywać pogotowie. Artura zdziwiło to pytanie. „Po co mi pogotowie?” – pomyślał. Próbował wstać, lecz ciało nawet nie drgnęło. Leżał jak kłoda, ruszając jedynie głową.

- Domyślałem się, co mogło się stać, że złamałem lub zwichnąłem sobie kręgosłup, bo odcięło mi czucie i ruchomość od szyi w dół – wspomina Artur Wachowicz. – Obleciał mnie strach, pomyślałem, że mam przerąbane. A po chwili myśl: tata!, trzeba zadzwonić do taty, on szybko coś zdziała. Poprosiłem tego człowieka, aby wyciągnął z mojej kieszeni telefon i zadzwonił do mojego taty. Bał się jednak to zrobić, mówił, że jestem sparaliżowany, więc nie będzie mnie ruszał. Przez 15 minut prosiłem, aby wyciągnął telefon i zadzwonił. Prośby niczego nie zmieniły. Na karetkę czekaliśmy pół godziny.

Czas

Być może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby przyjechał tata Artura. Przy złamaniu kręgosłupa czas odgrywa zasadniczą rolę – jak najszybciej trzeba odbarczyć rdzeń kręgowy i wykonać operację, aby w miejscu ucisku nie doszło do martwicy. Zmiany mogą być odwracalne, operację trzeba jednak przeprowadzić w pierwszych godzinach po złamaniu.

Była godzina 15. W szpitalu, do którego przywieźli Artura, brakowało specjalisty, który wykonałby rezonans magnetyczny. Zawieziono więc poszkodowanego do szpitala wojewódzkiego. Tam rezonans zrobiono, lecz nie znaleziono lekarza, który dobrze odczyta wyniki. Wrócili do pierwszego szpitala. Tam lekarze podjęli decyzję, aby helikopterem przewieźć pacjenta do jeszcze innej placówki. Rozpoczęły się poszukiwania pilota. Niestety, bez skutku.

Mijały godziny. Ostatecznie postanowiono przewieźć Artura karetką do podwarszawskiego Konstancina. Na miejsce samochód dotarł o dziewiątej wieczorem, sześć godzin od wypadku. Operację zrobiono dopiero następnego dnia.

Łzy

Ania o wypadku dowiedziała się następnego ranka od siostry Artura, Iwony, która powiedziała jej, że chłopak nie chce, aby przyjeżdżała. Ani w oczach stanęły łzy. Wzięła w pracy kilka dni wolnego i pojechała do rodziców.

- Gdy dzwoniłam do Iwony, powtarzała mi ciągle, że Artur nie chce, abym przyjeżdżała i widziała go w takim stanie – mówi Ania Sajecka. – Rozumiałam to życzenie. Czekałam na znak od niego. Trwało to półtora miesiąca.

Artur leżał podłączony do wielu rurek, z największą w tchawicy. Widział reakcje członków rodziny, którzy go odwiedzali – patrzyli i płakali. Niektórzy wychodzili z sali po kilku chwilach, nie mogąc powstrzymać szlochu. Artur starał się uśmiechać, aby zatrzymać ich łzy, choć sam w środku płakał. Nie chciał, aby Ania go takiego zobaczyła i przeżywała to samo.

Strach

Po operacji lekarz opisał Arturowi, jakiego doznał złamania i powiedział, że jest możliwe, iż do końca życia zostanie na wózku. „To nie jest grypa, nie minie w dwa tygodnie, przygotuj się na ciężkie czasy” – zapamiętał jego słowa.

Sądził jednak, że to przesadzony, czarny scenariusz. Wierzył, że po pół roku rehabilitacji zsiądzie z wózka i zacznie chodzić o własnych siłach, jak dawniej. Chwycił się też słów taty, który przeszukał internet, aby dowiedzieć się jak najwięcej o jego przypadku. Powiedział synowi, że gdy od razu zacznie ćwiczyć, może wrócić do znacznej sprawności. Artur cieszył się, gdy po miesiącu wyjęto mu rurkę z tchawicy i rozpoczął ćwiczenia. Nie spodziewał się tylko, że właśnie podczas rehabilitacji przeżyje załamanie.

Ćwiczył z osobami w podobnym stanie. On dopiero zaczynał, a oni rehabilitowali się od kilku lat i... wciąż siedzieli na wózkach, mogąc ruszyć ledwie ręką. Ten widok i rozmowa z nimi przybiła go. Odechciało mu się wszystkiego, ponieważ coraz mocniej uświadamiał sobie, że prawdopodobnie nie wstanie z wózka. Płakał, gdy leżał w łóżku i kiedy stał przypięty do stołu pionizacyjnego.

- Głównie spałem, a do ćwiczeń zmuszałem się – opowiada. – Gdy ktoś do mnie przychodził i starał się podnosić na duchu, mobilizować, otwierałem oczy i powstrzymywałem łzy, myśląc: „kolejny cudotwórca, a ja wiem, że nic nie da się ze mną zrobić”. Wiedziałem, że muszę spotkać się z Anią, bo od sześciu tygodni na to czekała. Zastanawiałem się, co mam zrobić, co jej powiedzieć, co ona zrobi i jak zareaguje, gdy mnie zobaczy. Bałem się chwili, kiedy ujrzy mnie całkowicie bezsilnego. Wcześniej byłem wysportowany i silny, a teraz nie potrafię ruszyć palcem. Chciałem jej powiedzieć, że nie będę miał jej za złe, jeśli więcej nie przyjedzie po dzisiejszym spotkaniu czy kiedykolwiek później, a jeśli przyjedzie, to będę się cieszył.

Łyżka

Ania pojawiła się w porze obiadowej Artura. Siedział na wózku, a pielęgniarka karmiła go jak dziecko, wkładając do ust kolejne łyżki zupy. Ania stała w drzwiach i patrzyła na swojego chłopaka, jakby go nie rozpoznawała.

- Był strasznie zmarnowany – wspomina swoje pierwsze wrażenie.

Pielęgniarka zauważyła, że Artur wpatruje się w dziewczynę stojącą przy drzwiach, domyśliła się, że to ktoś bliski. Powiedziała więc: „Dobrze, że pani jest, nakarmi pani chłopaka”, wręczyła gościowi talerz z zupą, łyżkę i... poszła.

Ania zaczęła karmić Artura. Nie byli w stanie wypowiedzieć słowa. Kiedy odłożyła talerz po drugim daniu, obydwoje się rozpłakali. Po kilku chwilach padły pierwsze słowa.

- Mówił, że nie wie, czy kiedykolwiek wstanie z wózka, i że nie będzie mnie zatrzymywał, jeśli będę chciała odejść – wspomina tę chwilę Ania. – Wkurzyły mnie jego słowa, bo przez myśl mi nie przeszło, abym miała go zostawić. Byłam oczywiście przerażona. Jak to będzie wyglądać? Czy będziemy teraz siedzieć w domu do końca życia? Czy obydwoje jesteśmy w stanie tak żyć? Doszliśmy do wniosku, że nie będziemy teraz niczego ustalać, ale poczekamy i zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Depresja

Ania przyjeżdżała do Konstancina każdego wolnego dnia. Artur wiedział, że przy niej musi się trzymać, choć powoli dopadała go depresja. Rozumiał ten mechanizm tak, że jeśli będzie się trzymał i nie okazywał dziewczynie swojego załamania, to ona będzie spokojniejsza i nie pomyśli o pozostawieniu go. Chciał, aby przyjeżdżała, choć czuł się doszczętnie rozbity. Nie wierzył, że cokolwiek jest w stanie go poskładać. Ania widziała to i podnosiła go na duchu. Do Artura niewiele jednak docierało. Nieustannie krążył myślami wokół swojej tragedii.

Minęło pół roku, gdy Artur opuścił Konstancin i wrócił do Radomia. Wtedy sytuacja pogorszyła się. Artur przechodził wiele powikłań pooperacyjnych, dopadały go częste infekcje, zapalenia, gorączki, co chwilę wzywali karetkę i jechali z nim do miejscowego szpitala. Lekarz przepisał mu leki... antydepresyjne.

Obydwoje czuli coraz większe zmęczenie, najmniejsze drobiazgi wyprowadzały ich z równowagi. Apatia i depresja Artura, który nie miał ochoty na podejmowanie jakiejkolwiek aktywności, nawet rehabilitacji, wpływały także na Anię. Choć nie poddawała się, czasem po kłótni nie wytrzymywała i wychodziła z domu.

- Przychodziłam do Artura, a on cały czas leżał w łóżku i rozpaczał – wspomina. – Wiele razy kłóciliśmy się o to, chciałam, aby więcej od siebie dawał i walczył. Powoli docierało do mnie, że Artur już nigdy nie wstanie i zostanie na tym wózku. Dobijało mnie, że tylko narzeka i nie dba o siebie. W końcu zaczęłam sama wykonywać z nim ćwiczenia w łóżku. Rozmawialiśmy o przyszłości, chcieliśmy być razem, ale jednocześnie byliśmy przerażeni tą sytuacją i czekaliśmy na to, co będzie dalej. Powolutku uczyliśmy się nowych rzeczy i umiejętności. Lecz kiedy tata Artura przyjechał z wynikami prześwietlenia, które pokazywały, że nie ma zmian na lepsze, znowu nastąpiło załamanie i czekanie na jakiś przełom.

Szok

Przełom nastąpił półtora roku po wypadku. Ojciec Artura załatwiał dla niego dofinansowanie na elektryczny rotor do rehabilitacji w domu. Sklep rehabilitacyjny, który odwiedził, prowadził także komis z używanym sprzętem. Stał tam wózek elektryczny z joystickiem obsługiwanym brodą. Gdy sprzedawca wyjaśnił mu, że należał do osoby poruszającej tylko głową, a więc tak, jak jego syn, był tym tak podekscytowany, że natychmiast postanowił go kupić. Nie przypuszczał – podobnie jak Artur i Ania – że osoby w takim stanie mogą samodzielnie poruszać się na wózku.

- Gdy tata wszedł do domu, powiedział: „Patrz, co tu mam dla ciebie!” – wspomina Artur. – Wózek był tak wielki, że się przestraszyłem. Broniłem się, aby mnie na niego nie sadzali, przecież nie ruszam ani rękoma, ani nogami, więc po co te hece, jaka może być moja aktywność? W końcu dałem się namówić. Tata podsunął mi pod brodę układ sterujący. Podotykałem go, posprawdzałem przyciski, ekranik, wcisnąłem brodą jeden guzik... wózek zrobił nawrót! To był szok! Sam się ruszyłem! Przejechałem z salonu do kuchni, do łóżka, z powrotem. Po 15 minutach sterowałem już wózkiem bez problemu. To było niesamowite uczucie, jakbym znowu chodził, ponownie doświadczyłem niezależności.

Artur zadzwonił do Ani i pochwalił się, że ma wózek elektryczny sterowany ustami. Początkowo wystraszyła ją wielkość tego sprzętu, lecz widząc entuzjazm chłopaka, cieszyła się z nim. Zaczęli chodzić na spacery. Artur co chwilę wpadał na nowe pomysły, aby dokądś pójść i coś zrobić. Poprosił, aby postawiono obok jego łóżka stół i komputer. Wziął do ust ołówek i próbował obsługiwać klawiaturę. Nie wiedział jeszcze, że są rozwiązania umożliwiające osobom z jego niepełnosprawnością pracę na komputerze i że niedługo sam będzie z jednego z nich korzystał.

- Wózek elektryczny otworzył mi oczy, ukazał mi moje możliwości – mówi Artur. – Z Anią chodziliśmy na spacery, trzymając się za ręce – jak inne pary. Znowu poczułem się facetem.

Obóz

Obydwoje czuli, jakby ktoś tchnął w ich związek nowe życie. Na to czekali. Nie spodziewali się jednak, że przed nimi jest jeszcze ważniejszy przełom. Za namową jednego z kleryków, pojechali na dwutygodniowy obóz dla osób z niepełnosprawnością do Piekoszowa.

Większość uczestników poruszała się tam na wózkach. Ania bała się, że sobie nie poradzi, że przez dwa tygodnie będzie skazana tylko na siebie. Co zrobi, gdy Arturowi coś się stanie? Jeszcze niedawno mobilizowała go do większej aktywności, teraz miała okazję sprawdzić w boju własną determinację.

Początek

Ania nabrała pewności, że nie chce rezygnować, że warto było walczyć. Podjęli wtedy decyzję, że wprowadzi się do Artura i będą razem. W jego domu dostała własny pokój.

- Czuliśmy się, jakbyśmy odzyskali życie – mówi Artur. – Na to doświadczenie czekaliśmy. Myślałem wtedy, dlaczego wcześniej nie wychodziliśmy do ludzi, dlaczego tak późno? Gdy pytałem na obozie młodych ludzi, jak z jedną sprawną ręką mogą zawodowo pracować, a oni wyjaśniali, ile jest możliwości, to chłonąłem wszystko, co mówili, zadając sobie pytanie: „kurczę, czemu i ja nie mógłbym pracować?”. To była nowa świadomość. Wtedy naprawdę obudziłem się ze snu. Wracając samochodem robiliśmy z Anią postanowienia, że to będzie nasz nowy początek, że nasze życie musi być z innymi ludźmi, że musi wyglądać tak, jak tych aktywnych osób na wózkach, że koniec ze stagnacją, że musimy dla mnie znaleźć pracę.

Z obozu wracali z jeszcze jednym miłym wspomnieniem. Kolega z pokoju Artura, na skutek zaniku mięśni również poruszający się na wózku, obserwując ich przez kilka dni, wyznał im, że przywrócili mu wiarę, iż chłopak tak poważnie niepełnosprawny może mieć pełnosprawną dziewczynę.

Tetrus

Już na obozie przekazano Arturowi kontakt do fundacji, która aktywizuje zawodowo osoby z niepełnosprawnością. Wziął udział w wielu przeróżnych szkoleniach, a po ich ukończeniu zaczął szukać pracy i zarejestrował w jednym z serwisów dla pracodawców poszukujących pracowników.

Nie czekał długo. Zadzwonił człowiek, który potrzebował pracownika wyszukującego i katalogującego dla jego firmy informacje. Artur wypełnił testy sprawdzające i podpisał umowę. Pracuje w ten sposób już od dwóch lat.

Któregoś dnia trafił w internecie na konkurs „Można Inaczej”. Należało zaprezentować ciekawy pomysł na własny kanał w serwisie YouTube. Artur zrobił pierwszy filmik pokazujący, jak osoba z jego niepełnosprawnością może samodzielnie jeść śniadanie. Pozytywna reakcja ludzi oraz zdobycie trzeciego miejsca w konkursie przekonały go, że powinien to rozwijać.

Zaczął tworzyć kolejne filmy, w których pokazuje, jak radzić sobie – i jak z Anią sobie radzą – z różnymi problemami, gdy jeden z partnerów jest tak poważnie niepełnosprawny. Odtąd mówi o sobie: „jestem Tetrusem”.

- Gdy ludzie zaczęli nam mówić, że naszą historią daliśmy im trochę nadziei i zmotywowaliśmy ich do podjęcia jakiejś decyzji czy działania, to zrozumiałem, że powinniśmy dzielić się z innymi tym, czego sami się nauczyliśmy – mówi Artur. – Robię więc w swoim kanale na YouTube kolejne filmiki. Widząc, ilu ludzi potrzebuje przebudzenia, jak ja kiedyś go potrzebowałem, ilu rozpacza i narzeka na swoje życie, jak ja rozpaczałem i narzekałem na swoje, zaangażowałem się w to jeszcze bardziej.

Artur angażuje się też w inne projekty, był choćby jednym z aktorów spotu „Nie chcę być strażakiem!”, powstałego w ramach kampanii społecznej Integracji.

 

Więcej w Portalu Niepelnosprawni.pl

Niepelnosprawni.pl

Podobne Artykuły

Redakcja portalu TurekBezBarier.pl nie odpowiada za treści zamieszczanych przez czytelników komentarzy, zastrzegając sobie jednocześnie prawo do ich moderowania oraz kasowania w przypadkach ewidentnego naruszania prawa. Komentarze zniesławiające lub mogące naruszać dobra osobiste osób trzecich grożą odpowiedzialnością karną i cywilną. Osoby pokrzywdzone mogą skutecznie dochodzić swoich praw w organach ścigania i w sądach.




 
 
©    2017    Grupa EmediaWeb   Wszystkie prawa zastrzeżone
Ralizacja T.M